Menu

Results for category "Bez kategorii"

5 Articles

Dareg z Malborga :)

To o moim kumplu. Niedawno dziewczyna Go puściła płazem…Gdy z Nim rozmawiałam przez telefon ostatnio, to powiedział, że kolega Go lewituje spojrzeniem 🙂 Kiedyś żałował, że musiałam się niepotrzebnie patyczkować do sklepu. Będę starała się na bierząco dokumentować Jego „przebłyski”.

O rodzinie…i o sprawach…

Dlaczego w Polsce pojęcie rodziny zależy od tego co chcesz załatwić?

Przykładowa sytuacja : kobieta i mężczyzna żyjący w konkubinacie (nienawidzę tego słowa 😛 ), jedno z nich trafia do szpitala – drugie nie ma prawa dowiedzieć się o stanie zdrowia tego pierwszego, ponieważ nie są dla siebie rodziną !! Nawiasem mówiac, gdy nasze (moje i mojego konkubenta) dziecko miało przyjść na świat, poszliśmy do odpowiedniego urzędu aby uznać dziecko przed narodzinami (czyli moja córka otrzymała przed narodzeniem nazwisko swojego ojca a On uznał Ją jako swoje dziecko), wszystko po to aby ojciec był upoważniony do podejmowania decyzji związanymi ze zdrowiem dziecka, jednak w szpitalu nasza córka dostała i tak moje nazwisko a my dostaliśmy informację w urzędzie : „szpitale już tak mają” ????!!!!!!! to po co to wszystko i nasza fatyga :/ no ale widać właśnie różnicę, mianowicie w szpitalu nadal byliśmy dla siebie „obcy” a w urzędzie już „rodziną”.

Staraliśmy się o „becikowe”…nawet nie będę pisała ile czasu trwało zanim mogliśmy złożyć w MOPSIE komplet dokumentów i w jak długich kolejkach stać i ile razy 😀 W tymże urzędzie mimo naszego KONKUBINATU (tego się chyba nigdzie nie rejestruje??) przedstawieni byliśmy jako rodzina, ponieważ mimo braku ślubu mój SZANOWNY nie ma zasądzonych alimentów na nasze dziecko – czyli w domyśle wspiera nas finansowo. Dochody brane pod uwagę jako kryterium do otrzymania „becikowego” (a podobno każdemu przysługuje 😀 ) przedstawić musieliśmy za rok 2013, a wtedy chyba nawet nie myśleliśmy aby być razem, także nie wiem jak można później określać dochód miesięczny na osobę w tymże roku 😀 haha !! Na całe nasze szczęście zakwalifikowaliśmy się rodzinnie na wypłatę tej wspaniałej sumy tysiąca złotych 😀 Osobiście traktuję to jako rekompensatę za moje stracone nerwy 😀

Podsumowując : w MOPSIE jesteśmy rodziną mimo braku małżeństwa, zaś w szpitalu się nie znamy 😀

Na poczcie też problem bo w dowodzie można mieć ten sam adres, ale gdy nazwisko się różni to listu za kogoś nie odbierzemy, kasiory też. Aby na poczcie załatwić jakieś upoważnienie potrzebne są dwie strony : upoważniający i upoważniony. Do ZUSU osoba upoważniona może przyjść z gotowym upoważnieniem i załatwić co trzeba ( a cholera wie kto to upoważnienie pisał?), niby ułatwienie, ale gdyby ktoś sobie takie napisał sam i uzyskał informacje, których nie powinien…no to wtedy problem, ale czyj, to do końca nie wiem.

P.S. Pozdrawiam Panie urzędniczki !! Zdarząją się także te miłe :))))

Wgryźć się…

stihl_bober

Problem z zębami nie zawsze był moim problemem. Dentysty nie bałam się jako dziecko i nie boję do tej pory. Na fotel siadałam bez strachu, nie potrzebowałam drobnych upominków i tego typu innych zachęt stosowanych u dzieci. Kontrole były jedynie formalnością bo zmian w mojej „jamie” nie było żadnych albo nie były poważne.
Sytuacja taka trwała naprawdę bardzo długo, ponieważ jedyny ból zęba jaki pamiętam z dawnych czasów to ból wyrastającej ósemki (który udało się bardzo szybko „załatwić” płukanką przepisaną przez panią doktor). Tak sobie trwałam w przeświadczeniu, że wszystko jest ok i zaniechałam nawet tych rutynowych kontroli.
O leczeniu zębów prywatnie nigdy nawet nie myślałam. Przy moich problemach a w zasadzie ich braku wystarczała mi w zupełności opieka NFZ.
Jak się łatwo można domyślić moja „dentystyczna” sielanka nie mogła trwać wiecznie. Pominę już fakt, że w tamtym roku pozbyłam się jednej szóstki. Pozostały do usunięcia dwa korzenie gdy zdecydowałam się zgłosić do placówki prywatnej aby zrobić tzw. przegląd. Na pierwszej wizycie wyleczone zostały dwa zęby i pozostawione 300zł. Zasięgnęłam też porady w sprawie pozostałych i uznałam, że przed kolejną wizytą prywatną skorzystam z NFZ i „cośtam” wyleczę za darmo. Prywatnie dowiedziałam się, że (pomijając te wspomniane korzenie) mam do leczenia jeszcze dwie ósemki oraz wymianę ukruszonej plomby w lewej dolnej siódemce. No i nieszczęsny kamień nazębny też by się przydało usunąć.
W gabinecie NFZ pani doktor uznała, że moje ósemki są już leczone i trzeba je tylko kontrolować. Moją ukruszoną plombą zajęła się w taki sposób, że dokleiła kawałek, którego brakowało (zamiast wymienić całość). Pastwiła się namiętnie nad usuwaniem kamienia, ale widać tak było trzeba. CO MNIE NIE ZABIJE TO MNIE WZMOCNI !!
Następną wizytę prywatną umówioną miałam niecały miesiąc później. Była to moja druga wizyta i została wleczona jedna z ósemek oraz usunięty kamień (dentystka nie pytała się mnie czy usuwałam na NFZ i sama z siebie się tym zajęła, efekt było widać i czuć, a skuteczność „pastwienia się” dentystki z NFZ poddana została wątpliwości) tym razem wizyta kosztowała 250zł.
Na kolejną wizytę w NFZ nie zdecydowałam się, bo niby jak mam się kłócić z dentystką, że mój ząb jednak wymaga leczenia 🙂 ?? Prywatnie dokończyłam leczenie i w sumie wydałam ok 700zł (nie pamiętam ile dokładnie wyniosła mnie ostatnia wizyta). Moje refleksje na temat opieki NFZ oraz prywatnej nieco zmieniły się. Może nie powinnam wrzucać wszystkich do jednego wora, ale na tym jednym przykładzie się przekonałam i nie zamierzam testować swojej cierpliwości u innych dentystów, którzy mają podpisaną umowę z Funduszem. Za leczenie prywatne zapłaciłam niemało, ale zęby mam wyleczone a podczas wizyty czułam się naprawdę komfortowo (przede wszystkim jako kobieta w ciąży odczułam to w pełni). Kiedyś nie przyszło by mi do głowy aby taka sumę pieniędzy zostawić u lekarza gdy mogę leczenie wkonać darmowo ( i pewnie uwierzyłabym dentystce mówiącej, że ząb wymaga jedynie kontrolowania a nie leczenia). Dziś wiem i będę przekonywała każdego aby udał się do dentsty prywatnie, zapłacił i później spał spokojnie 🙂
Wiem to dziś ale nie wiedziałam jeszcze tydzień temu. Udało mi się zapisać do chirurga na usunięcie jednego z korzeni. Bardzo sympatyczna Pani chcąc ulżyć memu cierpieniu dała mi znieczulenie i zabrała się do „roboty”. Po kilku chwilach szarpaniny udało Jej się usunąć przyczynę mojej wizyty. Nasza wspólna radość nie trwała jednak długo. Okazało się, że w moim dziąśle pozostał otwór do zatok, który należało zaszyć. Nie wiem kto bardziej się wystraszył, czy ja czy moja wybawicielka. Usłyszałam, że tego typu zabiegi mają może raz w roku. Słyszałam też jak razem z asystentką szukają odpowiednich narzędzi i zastanawiają się co to będzie i czy wystarczy im nici. Moja wizyta z 20 minut przeciągnęła się do półtorej godziny. W buzi miałam założonych 6 szwów i bardzo spuchnięty policzek. Ale przeżyłam to 🙂 Tekstów zasłyszanych nad moją głową cytować nie będę, bo nadal jestem w niemałym szoku, że tam tak spokojnie leżałam.Rana się goi a ja jutro jadę na zdjęcie szwów. Pozostał mi jeszcze jeden korzeń do usunięcia i z tym pójdę prywatnie 🙂 Teraz naprawdę pójdę prywatnie 🙂
Moje dziecko od pierwszego ząbka będzie słuchało jak ważne jest dbanie o zęby. Będę testowała wszelkie możliwe sposoby aby taką dbałość wykształcić. Skoro dla mnie po takich przejściach nie jest za późno to dla mojej pociechy nie będzie za wcześnie 🙂

Odporność na wiedzę

Powiedzenie mojego ojca. Do dziś pamiętam, że gdy zdarzyło mi się coś durnego zrobić zawsze pojawiał się ten tekst. Jakie to było irytujące…wtedy…Teraz z rozbawianiem (czasem wkurzona sama na siebie – czyli już na pewno nie rozbawiona) mówię tak w różnych sytuacjach.

W ciągu ostatnich kilku tygodni udało mi się powiedzieć tak wielokrotnie (czytałam w „bardzo mądrej książce”, że kobietom w moim stanie zdarzają się zaniki pamięci krótkotrwałej).

Dziś zapomniałam, przed wyjściem z domu, schować ciastek – pies je zjadł. Wcześniej nie schowałam ciasta (dawno tak nie płakałam) 😀

Dobrze wiem, że malowania paznokci nie zostawia się na ostatnią chwilę przed wyjściem. Mimo to, prawie zawsze, paznokcie mam „dotknięte” albo ubrudzone spodnie.

Kiedyś też (bardzo dobrze pamiętam, że kiedyś) postanowiłam nie odwiedzać osiedlowych sklepów w godzinach porannych.

Zamieszkuję na osiedlu gdzie średnia wieku to chyba 90…Wszystkie autobusy, którymi można do mnie dojechać, są wiecznie po brzegi wypełnione „geriawitami”. Żeby w takowym autobusie usiąść trzeba jechać od pętli i udawać śpiącego albo pijanego. Na moje wielkie nieszczęście takowy „dom starców” spotykany jest też w sklepach.  W kolejce po mięso (z resztą w każdej kolejce) stoi się porównywalnie długo jak czeka na mieszkanie na początku lat 90tych. Odkąd tu mieszkam, wielokrotnie spotykam się z przeróżnymi sytuacjami z udziałem osób starszych (czyt. „chrupków”). Nie wrzucam wszystkich do jednego wora, ale najogólniej w świecie drażnią mnie babcie, które nie maja siły stać w autobusie ale w tym wspomnianym mięsnym kupują półroczne zapasy karkówki i salcesonu i te właśnie zapasy taszczą do domu. Na przystanku, przypadkowo napotkanej osobie, opowiadają historię swych niezliczonych chorób ale gdy drzwi komunikacji miejskiej staną otworem, niczym sarenka, żwawo, babeczka z laską wskakuje po stopniach, sokolim okiem omiata wnętrze autobusu i z prędkością światła spoczywa na siedzeniu (zazwyczaj w okolicy drzwi – żeby zdążyła wysiąść – bo kierowca to chyba na siłę pasażerów wozi, wsiąść to każdy głupi umie…wysiąść…nie…). Komunikacji miejskiej unikam ile tylko się da. Robi się coraz cieplej także spacerki będą i wskazane i przyjemne 🙂hqdefault

Sklepów nie uniknę…z resztą nie zamierzam. Dzięki temu jestem świadkiem bezczelności w postaci „ja stałam za tym panem”. Odkąd jestem na zwolnieniu i dzięki temu mam więcej czasu to także wcześniej wstaję. Dawniej na zakupy zwykle wybierałam się popołudniu, teraz przeważają niestety poranki. Dlatego niestety, bo nie przepadam za przepychankami. Naprawdę czasem skupisko beretów przy regałach może wprowadzić w błąd, że coś rozdają za darmo. Kiedyś miałam chęć przygotować na obiad rybę, z której zrezygnowałam bo znudziło mnie czekanie aż grupka emerytów „przewali” w lodówce wszystkie możliwe filety mintaja. Jak wspomniałam przepychanek nie lubię także zadowoliłam się mielonymi i co mnie obchodzi, że piątek był.  Do tego dochodzi moje przewrażliwienie albo istnieje typ człowieka na zakupach, który uwielbia się ocierać. Choćby nie wiadomo ile miejsca do przejścia było to i tak nie obejdzie się bez kontaktu (w najlepszym przypadku) ramię-ramię. Przepychanie się w kolejce jakby zakupy robiło się na czas i kto będzie stał najkrócej ten otrzymuje wspaniały bonus (mniejsza o formę). Nienawidzę gdy osoba sąsiadująca w kolejce przekłada moje zakupy na taśmie. Jakbym tylko czekała żeby babie podrzucić jakiś towar (niech zapłaci) a później go jakoś podprowadzić???? eee???? Sytuacja przy kasie, gdy ekspedientka mówi ile jest do zapłacenia a osoba zainteresowana zaczyna dopiero pakować zakupy…zanim skończy…zapyta jeszcze kilka razy o końcówkę („ILE??”), po czym zapłaci (kartą??:P).

Niezależnie od pory dnia w sklepie natrafić można też na panią pracującą „za karę”. Sprzedawczyni oprócz ewentualnego podania towaru i skasowania za niego pieniędzy w jakiś sposób reprezentuje swoje miejsce pracy. Gdy obsługa jest przyjemna to się w takim sklepie zakupy robi przyjemniej. Nie wymagam codziennego pytania „co słychać? jak zdrówko?”, ale chociaż odpowiedzi na moje zwykłe uprzejme „dzień dobry”. Rozumiem, że można nie usłyszeć…ale taka oto musiała słyszeć…albo zobaczyć, bo łypnięciem dała do zrozumienia jak bardzo mile widziana jestem jako klient, bo znowu będzie trzeba się mną (chociaż w małym stopniu) zająć. Pracowałam wiele lat na pocztowym okienku i przez cały ten czas starałam się złamać stereotyp „baby z poczty”. Chyba po troszku się to udało, bo słyszałam bardzo wiele pochwał na temat standardu obsługi. Może dlatego tak mocno mnie irytuje osoba za ladą, spojrzeniem, czasem głębokim westchnieniem oznajmiająca do jakiej katorgi zostaje właśnie zmuszona. Szkoda tylko, że takim zachowaniem sprawia, że zakupy już tak nie cieszą (a przecież jestem zwykłą babą i coś mi się od życia należy).

Wracając do odporności na wiedzę…

Nie nauczyłam się niczego. Dziś znowu po zakupy udałam się rano, odczekałam aż dwie staruszki poplotkują przy pieczywie i zapłaciłam „szczęśliwej” pani za ladą.

Jutro pewnie powtórka.

Najwyraźniej takie akcje mnie jarają 😀

Zakalec

Nie segreguję śmieci i nie sprzątam psich kup…Na śniadanie zjadłam kawałek wczorajszej pizzy i popiłam niezdrowym napojem gazowanym…

Na klatce schodowej po kilku dobrych miesiącach nareszcie ustało wiercenie – tych robotników miałam chęć roznieść w pył.

Myślałam, że sąsiadka „z góry” tylko w niedzielę trzaska schabowe, ale okazuje się, że w środku tygodnia też jedzą kotlety (chyba, że ” napierdziela” to mięso na skalę przemysłową i eksportuje na zachód zgodnie z nową kampanią wieprzowiny albo poprostu lubi sobie „ponapierdzielać”). Swoją drogą to zawsze jakieś zajęcie…byleby nikomu nie robić krzywdy…i biceps się wzmocni…i stary najedzony…

W każdym razie ja postanowiłam poddać się terapii…próba pierwsza to właśnie ten blog…czy się uda?? zobaczymy 🙂 póki co odbija mi się tym niezdrowym śniadaniem i delikatnie irytuje mnie klawiatura mojego laptopa.

W ramach porannych ćwiczeń – odkurzanie.

Jak na złość, okazało się, że nie mam w nosie polipów !!